Malinowy orgazm(y) - czyli lesbijski podryw cz. 3 (ostatnia)

Kobiety mnie onieśmielają, a ta jedna sczególnie...
Ale jak się okazuje do szczęścia wystarczy tylko:
jeden mały krok przez próg piekarni (cz.1 )
jeden deficyt ukochanego serniczka (cz.2 )
i jeden telefon by zdobyć swoje marzenia. 

Ot cały przepis na sukces! 

💗


-Halo...? Cześć, nie wiem czy kojarzysz, ale poznałyśmy się niedawno w piekarni... - z trudem wypowiedziałam te słowa, czując jakbym próbowała przełknąć piłkę golfową, a nie ślinę. Serce biło mi szybciej niż przy wynikach Toto Lotka, a spocone ręce  nerwowo wycierałam wciąż o uda.
(Ty głupia dupo - pomyślałam, coś Ty sobie myślała dzwoniąc do niej... Że cię zapamięta?! Może to nawet nie ona, może to nie jej numer...jak za raz się nie odezwie....przysięgam, że spłonę ze wstydu i zakopie się pod blokiem).

- Jasne, że pamiętam! Fajnie, że dzwonisz kochana, bo właśnie myślałam o Tobie - odpowiedziała tym swoim słowiczym głosikiem, jakby nigdy nic. Jakby dzwoniła dobra znajoma od lat. A ona miałaby za raz opowiadać co u niej i jak strasznie się stęskniła.

Prawdę mówiąc, ta rozmowa stresowała tylko mnie. Ona zasypywała mnie wypowiadanymi słowami, mówiąc o rzeczach różnych. O jej drodze do pracy, o jej dzisiejszym dniu, o zabawnym kliencie w piekarni i tak od słowa do słowa, od telefonu do telefonu, od SMSa do SMSa znajomość nasza rozkwitała. Była to niczym niewymuszona, wolno przędąca się nić przyjaźni. Jednak o tyle nietypowej, że gdzieś pomiędzy wypowiedzianymi słowami można było poczuć tlący się żar, z którego niedługo później rozszalał się prawdziwy ogień namiętności.


[Nasze poboczne tematy, o ciasteczkach, zakupach i kolorach paznokci mogą nie wzbudzać w Was zbyt szerokiego zainteresowania, jak mniemam. Dlatego też, ufam iż nikt nie będzie miał mi za złe, gdy od razu przejdę do wyczekiwanego przez Was sedna sprawy :) ]


Łączyło nas bardzo dużo, a dzieliło jeszcze więcej. Między innymi las, który stał się miejscem naszego pierwszego spotkania...

O tym, że się stresowałam chyba wspominać nie muszę.
O tym jak piekielnie długo zajęło mi zdecydowanie się, którą sukienkę założyć, chyba też nie.
O tym ile razy zmywałam makijaż, uznając go zbyt wyzywającym, zbyt dziewczęcym, zbyt neutralnym.
O tym, że w końcu postawiłam na obcisłą, amarantową (fioletowo - różową ☺️)sukienkę sięgającą za kolano, ale odsłaniającą moje plecy niemal po same pośladki, a usta podkreśliłam bordową pomadą. O tym, że ubrałam swoją ulubioną bieliznę, która bardziej zdobiła moje ciało, niż cokolwiek zasłaniała. A na stopy wsunęłam trampki, idealne na leśne schadzki.
O tym wszystkim nie będę wspominać.

Ale to jak wyglądała ona, gdy ją ujrzałam w promieniach chylącego się już nieco ku zachodowi Słońca. To jest warte każdego słowa, każdej myśli, a wspomnienie o tym mogłoby mi zastąpić każdy deser świata.

Umówiłyśmy się wpół drogi, idąc wyznaczoną ścieżką już z daleka dostrzegłam zbliżającą się ku mnie postać. Każdy krok dodawał ekscytacji. Chciałam być już jak najbliżej niej, ale z drugiej strony po dwóch krokach w przód chciałam zrobić jeden w tył. Trochę chciałam, a trochę się bałam (jakież to kobiece, prawda ?). I tak noga za nogą, aż w końcu oniemiałam, osłupiałam i stałam jak ta licha brzózka pośrodku drogi, gdy widziałam ją już na tyle dokładnie by móc dostać mikro zawał.

Szła w stronę Słońca, pod lekki ciepły wiatr, który pieścił jej długie ciemne włosy i który to wkradał się pod jej zwiewną szarą spódniczkę, zaglądając tam gdzie ja regularnie zaglądałam w swoich fantazjach. Nie zawiodła mnie. Wyeksponowała swoje wdzięki tak, że z odległości kilku metrów, nawet z głęboką krótkowzrocznością i bez okularów, bez problemu można by określić ich rozmiar. Kołysała biodrami, wzbudzając tym samym w ruch swoje idealne, ciasno zbliżone do siebie piersi. Przyjemnie było tak stać i patrzeć jak twoje marzenie zbliża się do ciebie i jest już niemal na wyciągnięciu ręki i tym razem nie dzieli was sklepowa lada i blachy z ciastem.

Przywitała mnie szerokim, białym uśmiechem ozdobionym dwoma dołeczkami.
- Rozumiem, że stałaś tu już dłuższy czas, nie dlatego że miałaś wątpliwości, tylko, że skrupulatnie wyznaczyłaś umówiony środek trasy?- zapytała z tym swoim charakterystycznym błyskiem w oku.
Sprowadzając mnie tym samym z powrotem na ziemię.

Czas mijał nieubłaganie, a my niespiesznie przemierzałyśmy dróżki lasu wzdłuż i wszerz. W pewnym momencie rozbawiona jej opowiadaną historią wybuchnęłam śmiechem i przez moment, mogłabym przysiąc, że czułam jej ciepłą dłoń muskającą delikatnie moje ramię. Nie musiałam długo czekać by przekonać się, że miałam rację. Chwyciła mnie niespodziewanie za rękę i wartkim krokiem pociągnęła za sobą w gaj, do którego chyba dawno nikt nie zbaczał i nie zaglądał. Nim tam jednak weszłyśmy, położyła swoje ciepłe dłonie na moich oczach, a ja ufając jej dałam prowadzić się w nieznane. Byłam zdumiona widokiem jaki ujrzałam. Tam już nie było dróżek.. tam był bardzo miękki i wilgotny mech, który pieścił nasze bose już stopy. Tam nie było nikogo prócz nas. To było jej sekretne miejsce. Jej dziki, malinowy chruśniak.

Raj na ziemi, w centrum miasta!
Przegryzając słodką malinę moje maniery jedzenia, a raczej ich brak, jak zwykle dały o sobie znać. Sok skapnął mi po brodzie wprost na sukienkę. Ale ona, jakby nie wzruszona moim gapiostwem przybliżyła się do mnie, zbliżając ku mnie swój palec. Zdjęła nim z mojej twarzy malinowe pesteczki, oblizując go dokładnie. Wiedziałam, że nie był to z jej strony tylko grzeczny gest. Zrobiła to nade subtelnie i prowokacyjnie, a przymknięte powieki, gdy to robiła, były tylko tego potwierdzeniem. Dało mi to zielone światło. Kolejny zerwany owoc włożyłam wprost do jej ust, który przyjęła nie odrywając ode mnie wzroku. Jadła mi z ręki. Dosłownie. Gładząc mnie raz po raz dłonią po twarzy, szeptała krótkie słowa westchnienia. Gdy po raz kolejny chciałam podać jej dorodną malinę, zatrzymała moją rękę w pół drogi, zabrała to co w niej trzymałam, by umieścić owoc między swoimi wargami i zbliżyć je do moich. Moją rękę zaś położyła na swojej piersi. Nie odmówiłam. Szczególnie nie odmówiłam jej malinowego, gorącego pocałunku, jakim mnie obdarzyła...
"(...) I stały się maliny narzędziem pieszczoty
Tej pierwszej, tej zdziwionej, która w całym niebie
Nie zna innych upojeń, oprócz samej siebie (...)"*
To nie było nasze jedyne spotkanie. Pierwsze, ale nie ostatnie.
Później było jeszcze wspólne opalanie, wspólne kajaki, zakupy, aż finalnie nastał czas spotkania w mieszkaniu. U mnie.

Godz. 18:00 - dzwonek do drzwi. Ostatni rzut okiem do lustra i otwieram. W progu- piękna (jak zwykle) Patka, z butelką wina w jednej ręce, a z koszykiem malin w drugiej.
- zapowiada się słodki wieczór- powiedziałam, całując ją w policzek, jednocześnie głęboko zaciągając się zapachem perfum, skropionych na jej szyi.

I nie myliłam się ani trochę.
Pierwsza lampka wina, nasz aperitif-  zaostrzyła apetyt i rozbudziła w nas ciekawość i pożądanie. Zadziałała na nas na tyle mocno, że nasze spojrzenia spotykały się o wiele częściej, ale jeszcze na tyle słabo, by spotkały się nasze dłonie.

Nasze randki zawsze owiane były subtelnością. Mimo, iż widziałyśmy się już kilka razy, mimo, iż kochałyśmy się po wielokroć na łonie natury, mimo to za każdym razem zdobywałyśmy się i poznawałyśmy na nowo. I tak oto, gdzieś między drugą a trzecią lampką, za jednym jej ruchem spadła, niczym kurtyna na podłogi teatru - z moich ramion - czerwona sukienka. A ja stałam tuż przed nią trzymającą wciąż niedopite białe wino w dłoni, w samej bieliźnie. W jej oczach tkwiły wszystkie niewypowiedziane teraz słowa. Stała tam i patrzyła na mnie z lekka przygryzając dolną wargę i wyraźnie zaznaczając linię ust zwinnym języczkiem. Była dumna i spragniona mojego ciała. Dzikość utkwiona w jej źrenicach malowała na mej twarzy uwodzicielski uśmiech. Była moja.

 Nie mogłam już dłużej tylko stać. W jednej sekundzie odwróciłam nasze role. Stałam się wilczycą przywierającą moją sarenkę do ściany swoim półnagim ciałem. Zachłannie całowałam jej każdy centymetr, błądziłam dłońmi pod jej sukienką, a za raz po tym zwinnie odpinałam każdy z najmniejszych guziczków, by w końcu zrzucić z niej to co miała na sobie. Znałam już jej ciało doskonale, ale fascynowało mnie za każdym razem tak jakbym widziała je pierwszy raz. Rozkoszowałam się chwilę tym widokiem, dając nam odrobinę oddechu, a chwilę później poprowadziłam ją w stronę sypialni.

Pchnięta na moje ogromne łóżko wydawała się taka bezbronna i delikatna. Napawałam się zapachem jej ud. Ich jędrną i aksamitną skórą, o którą tak bardzo lubiłam się ocierać. Nasza miłość była jak gorące tango, w którym toczyłyśmy zawziętą walkę o dominację. Oplatałyśmy się w głębokich pocałunkach, które były tak doskonałe, jak tylko można to sobie wyobrazić. Jej usta oplatające moje, jej język połączony z moim był wodą na młyn wzajemnego pożądania. Osiągałam błogostan, w którym było miejsca na nas obie.

Wyswobodziłam wreszcie jej piersi z czarnego koronkowego staniczka i wtulona w nie drażniłam jej sterczące sutki. Oplatałam języczkiem, a czasem lekko podgryzałam. Jęki, którymi pieściła moje uszy, napędzały też moje dłonie, które pragnęły więcej i więcej. Pozostała jeszcze tylko jedna zbędna rzecz na jej ciele. Ale nim pozwoliła mi zająć się nią w pełni, znów przejęła kontrolę.
Dynamiczne pieszczoty przerwała w jednej chwili. Bez słowa wstała i jedynie w samych skąpych majteczkach, przez które przebijał się równiutko wydepilowany cieniutki paseczek,  skierowała się w stronę kuchni.

Czekałam chwilę nieco zdezorientowana, krzyknęłam tylko "Pomóc Ci coś? Wszystko ok?", ale nie otrzymałam odpowiedzi.
Stanęła w progu, uśmiechając się do mnie zaczepnie. Ręce miała schowane za plecami, jakby skrywała coś przede mną. W ciepłym świetle świec wyglądała jeszcze doskonalej. Włosy zakrywały jej piersi, a brzegi majteczek wbijały się w jej krągłe uda. Była niezwykle apetyczna. Wolnym krokiem zbliżała się do mnie, szepcząc "Zamknij oczy, najdroższa i nie podpatruj". Nie miałam pojęcia co zaplanowała, wino szumiało mi w głowie, a stado motyli w brzuchu. Czułam jak moje ciało drży z podekscytowania, a powieki mimo iż zamknięte - trzepoczą z lekka. Dotknęła mojego ramienia, zupełnie jak wtedy w lesie, za pierwszym razem. Na usta złożyła mi głęboki pocałunek, mówiąc bym położyła się teraz wygodnie.

Posłuszna jej słowom złożyłam głowę na poduszce, a ona zdejmowała ze mnie resztki mojej garderoby, powtarzając co jakiś czas "Nie patrz jeszcze..." Delikatnie rolowała po mojej nodze cielistą pończochę zakończoną białą koronką, znacząc uda pocałunkami. Na jej dotyk nabrzmiewały moje wargi, pragnęły by zajęła się wreszcie nimi, ale ona była przekorna. Drażniła się ze mną i z moim pożądaniem, wzniecała dawno już rozpalony we mnie ogień. Rozpięła staniczek, i rozsznurowała moje majteczki, odsłaniając mokrą i gotową na nią już norkę. Upewniła się tylko w moim podnieceniu, wkładając we mnie na krótko jeden paluszek. Aż syknęłam z rozkoszy, tak bardzo pragnęłam więcej i więcej, ale ona uparcie przesuwała moją granicę wytrzymałości.

Gdy byłam już zupełnie naga usłyszałam jak potrząsa czymś energicznie, a chwilę później poczułam coś zimnego, wydobywającego się ze znajomym dźwiękiem na moich sutkach.
-Możesz już otworzyć oczy, ale nie wstawaj! Czas na deser, moja słodka babeczko, pozwolisz, że skosztuję pierwsza? - powiedziała z niepohamowanym apetytem w głosie.

Moje piersi zdobiła bita śmietana, na której czubku prezentowała się dorodna malinka. Ona siedziała na mnie, odgarnęła włosy na jedne ramię i patrząc wciąż na mnie przysunęła się ku moim piersiom. Wytknęła język najdalej jak potrafiła, mrużąc oczy z wielką przyjemnością zlizywała ze mnie swój deser. Jej usta i jej język rozpieszczały moje sutki, a ocierające się o siebie nasze różyczki potęgowały doznania jeszcze silniej. Bawiłyśmy się naszymi ciałami, serwując na nich desery w różnych miejscach. Mdliło nas od słodyczy naszych ciał i śmietany. Białe ślady w kącikach ust wylizywałyśmy sobie wzajemnie, by za chwilę znów niezdarnie je wybrudzić.

bita śmietana na sutkach


Kleiłyśmy się do siebie niebywale, ale nie przeszkadzało nam to ani trochę. W pewnym momencie Patrycja chwyciła garść świeżych malin i rozgniatając je w dłoni skropiła ich sokiem moją muszelkę. Przysunęła się bliżej, wprawiając język w nieziemską symfonię ruchów, mrucząc  przy tym wyraźnie. Podczas gdy ja nie mogłam powstrzymać się już głośnych jęków, ona wsadziła swoją malinową dłoń w moje usta i wsunęła w tym samym czasie swoje palce w sam środek mnie. Bodźców, którymi mnie uraczyła było już zbyt wiele. Nie mogłam i nie próbowałam już nawet powstrzymać się ani chwili dłużej. Zwinne paluszki szybko wyczuły mój słaby punkt, a ssąc jej palce czułam jak wzbiera we mnie fala. Odnalazłam jej aksamitną i lepką od jej spermy myszkę. Wcisnęłam w nią dwa palce i przyspieszyłyśmy na raz, równo w takt obijałyśmy się o swoje ciasne ścianki norek.

Doszłyśmy razem dalej niż każda z nas mogłaby dojść samotnie. Wiłam się wraz z nią przy skurczach orgazmu jaki wzajemnie sobie podarowałyśmy. Pulsowały nasze wargi od pocałunków i pieszczot. Lizałam ją, a ona mnie, póki nie zasnęłyśmy w swoich ramionach.


Jej gorący sok i unoszący się zapach malin były najlepszym deserem spoza karty jaki mogłam sobie zażyczyć.





P.S. I kto powiedział, że zdobyć kobietę kobiecie będzie trudno? :) 



(*) Malinowy chruśniak, Bolesław Leśmian

Komentarze

Popularne posty