Jak ugryźć babeczkę i mieć babeczkę, czyli lesbijski podryw cz.2

używana bielizna

Kto dobrze śledzi moje blogowe relacje - ten wie, że w powietrzu coś się kroi, coś pachnie świeżym sexem, to znaczy świeżym chlebem,  chlebem rzecz jasna miałam na myśli! A dlaczego chlebem akurat to za raz wszystko się wyjaśni. 

Dla niewtajemniczonych powiem tylko, że wstęp do mojej przygody zaczął się  o tutaj ;)

Z natury jestem opanowaną, trzymającą emocje na wodzy Norką. Czasem może nawet nieco szarą norką, zlewającą się w tłumie ludzi. Ale nadchodzi nieraz taki moment, taka iskierka, taki błysk, który mnie oślepia, omamia i robi wodę z mózgu. I ja sama wtedy nie wiem nawet ani jaki dzień, godzina, ani też jak się nazywam. Na język przychodzą mi różne słowa, wyrzucane z prędkością światła, albo przeciwnie- zduszone w gardle i wypowiedziane tylko w mojej głowie, podczas gdy ja stoję z opuszczoną koparką i wyłupionymi oczami przez całą wieczność. Ten błysk nazywa się KOBIETA. Bo taką karuzelę w głowie może zakręcić mi tylko druga kobieta...

O tym jak potwornie ciężko zwrócić na siebie pożądanie drugiej płci pięknej już wiecie. Ale jak mi się to udało jeszcze nie wspominałam, zatem od początku.

To było upalne, pracowite popołudnie i jednocześnie czas zbliżającej się przerwy od komputerowych obowiązków. Kawa- mój nektar bogów. Musi być czarna, aromatyczna i gorąca. Nawet przy 30 stopniach uwielbiam pić gorącą kawę. Zazwyczaj piję ją bez słodkich dodatków, ale tego dnia... tego dnia dałabym się pokroić za kawałek pysznego, delikatnego jak pianka i rozpływającego się ustach serniczka! O panie jeżu, jak mi się wtedy chciało! Chciało mi się na tyle mocno, że podjęłam się ruszenia swojej dupeczki z mieszkania do piekarni. (Zazwyczaj tego nie robię. Leniwa norcia ze mnie, zazwyczaj zadowalam się tym co znajdę w kuchni byle tylko nie ruszać się w taki upał z domu, ale nie tym razem)

Do piekarni co najmniej 15 min spacerkiem. No trudno. Mój apetyt rósł z każdym krokiem. Gdy dotarłam na miejsce nie zdziwiłam się wcale długością kolejki- typowe w tym miejscu. Takich ciast i pieczywa jak tam ciężko szukać gdzie indziej. Małe grzeszki wypiekane na miejscu, które kuszą widokiem i zapachem. Wszystkich spragnionych glukozy obsługiwała tylko jedna pani, więc nieco trwało nim nadeszła moja kolej. Ale mój serniczek stał tam, ostatni kawałeczek, czekał na mnie. Już prawie miałam go w dłoniach, już czułam jego smak, był tak blisko...a tak daleko... gdyby nie ta kobiecina przede mną! Wykupiła! No wykupiła to na co tak długo czekałam.

Zamarłam.
Ale umarłam dopiero wtedy, gdy podniosłam wzrok na słowa "co dla Pani?" skierowane wprost do mnie z kształtnych, idealnie zarysowanych kredką ust. Mój ty panie, przez chwilę pomyślałam czy ja widzę tam na serio, czy to upał płata mi figle. Ja stałam jak zamurowana, a ona jak zaczarowana. Piękna, idealna wręcz. Ciemne, proste i długie włosy spięte w kucyk opadały jej delikatnie na ramię. Ogromne i radosne oczy, w których mogłabym przeglądać się całą wieczność i bełkotać o jej ojcu złodzieju, co skradł gwiazdy i umieścił w jej oczach czy jakoś tak. Była zjawiskowa. Mały, zgrabny nosek, doskonale wykonany makijaż i ta figura... Klękajcie narody! Była tą z moich marzeń. Miała kształt kobiety. Żadna z niej Chodakowska czy Joanna Krupa, to ideał w czystej postaci. Typ Marilyn Monroe. Kształtne biodra i uda, wąska talia i ściśnięty na niej roboczy fartuszek. Ileż ja bym dała by stanęła przede mną w samym tym fartuszku z lekka tylko przykrywającym jej duże (na moje oko rozm. D) piersi. Oddałabym nawet ten sernik, którego psia mać nie miałam!

Stojąc tak i gapiąc się na nią musiałam wyglądać nade głupio. Powtórzyła pytanie dodając troskliwe "Czy wszystko w porządku?" Otrząsnęłam się nieco, zamknęłam otwarte od jakiegoś czasu usta i starałam się przybrać neutralny wyraz twarzy, a to nie było łatwe. Szczególnie, że
a) właśnie ktoś zeżarł mój serniczek i
b) spotkałam kobietę swojego życia.

Za dużo emocji jak na jeden wypad do piekarni. "Miałam ochotę na serniczek, który wyszedł właśnie z tamtą kobietą. Teraz to rzucę się, ZDAM się, przepraszam, przejęzyczyłam się, ZDAM się na Panią" i za raz po tych słowach zalała mnie fala pięknego buraczkowego koloru na policzkach. Słyszałam za plecami czyiś stłumiony śmiech, szept, ale ona... Ona uśmiechnęła się niczym z dobrego, eleganckiego żartu i dodała "Ja tam lubię babeczki. Szczególnie te ze słodkim wnętrzem, z kremowym nadzieniem i krągłymi boróweczkami" .... o maj gat! Powiedziała to! Lubi babeczki! Lubi babeczki!

Nie muszę dodawać chyba, z czym wyszłam z piekarni?! I co miałam napisane na paragonie?

c.d.n.




Komentarze

Popularne posty